czwartek, 7 kwietnia 2016


Brazylijskie Roswell - Colares


Podsumowanie

W 1977 roku brazylijska wyspa Colares stała się miejscem wielu niezwykłych spotkań. Tylko nieliczni mieszkańcy z liczącego 2 tys. miasta, znajdującego się na wyspie, nie doświadczyli spotkania z przerażającymi słupami światła, pochodzącymi z wielu różnych obiektów latających. Wielu mieszkańcom udało się zrobić zdjęcia latającym maszynom śmierci, lub „chupa-chupas”, jak zostały nazwane przez miejscową ludność.

Wszystkie kształty i rozmiary: 

Nigdy jeszcze nie było przypadku spotkania z nieznanymi obiektami latającymi, które cechowałaby taka różnorodność kształtów i rozmiarów. Zgłoszone zostały przypadki obserwacji małych UFO, ogromnych UFO, obiektów w kształcie cygar, spodków, a także wielu innych. Niektóre z obiektów były świecące, inne nie, chociaż wszystkie mogły być śmiertelne. Niezwykłe zjawiska słupów światła trwały miesiąc, w ciągu którego całą wyspę oraz jej okolice ogarnęła panika.

Słupy światła w różnych kolorach: 

Te dziwne promienie śmierci wydawały się, że przychodzą prosto z Hollywood – projekcje różnych słupów o różnych kolorach i intensywności skierowane były prosto na przerażonych, uciekających mieszkańców. Wielu z nich, którzy zostali „trafieni” przez promień, tracili przytomność. Po przebudzeniu stwierdzano u nich różne dolegliwości, najczęściej były to anemia oraz wyczerpanie organizmu.

Próby nawiązania kontaktu: 

Działalność „chupa-chupas” była tak częsta i silna, że mieszkańcy regionu czuli, iż obcy chcą się z nimi skontaktować, używając w tym celu słupów światła. Co do pochodzenia UFO, niektóre teorie głosiły, że główna baza obiektów znajduje się pod wodą w pobliżu zatoki Marajo, dzięki czemu obiekty mogły pojawiać się, wystrzeliwywać słupy światła oraz znikać dosłownie w mgnieniu oka.

Kobiety i dzieci opuszczają domy: 

Podczas „oblężenia” obywatele byli tak przerażeni, że wiele kobiet wraz z dziećmi opuściło Colares. Mężczyźni zostali by bronić swoich domów i całego dobytku. Rozpalano duże ogniska, czasami używano fajerwerków i uderzano w metalowe przedmioty w nadziei na odstraszenie intruzów. Wkrótce przekonano się jednak, że te działania nie przyniosły pożądanego skutku.

Zeznania ofiar: 

Jedna grupa ofiar zeznała prasie, że praktycznie natychmiast zostali unieruchomieni, jakby blokował ich duży ciężar umiejscowiony przy piersiach. Słup światła miał około 7 lub 8 centymetrów średnicy, i był koloru białego. Zawsze też uderzał nagle. Kiedy chcieli krzyczeć, nie dali rady, żaden dźwięk nie wydobywał się z ich ust, chociaż oczy pozostawały otwarte. Słup światła był gorący, prawie tak gorący jak popiół z papierosa.

Objawy pacjenta: 

Doctor Wellaide Cecim Carvalho napisała: wszyscy doznali uszkodzeń twarzy lub klatki piersiowej. Uszkodzenia, wyglądające jak powstałe od promieniowania, „zaczęły się od intensywnego zaczerwienienia skóry. Później nastąpiło wypadanie włosów i skóra przybrała czarny kolor. Nie było żadnego bólu, jedynie odczuwano lekkie ciepło. Jedna osoba zauważyła dodatkowo małe ślady na skórze, podobne do śladów po iniekcjach. Ofiarami byli mężczyźni i kobiety w różnym wieku.”

Chupa-Chupas: 

Niektóre z lokalnych gazet i czasopism starały się przekonać mieszkańców, iż tak naprawdę widzieli satelity, wojskowe balony, lub inne obiekty ziemskiego pochodzenia. Takie działania jedynie rozzłościły mieszkańców, ponieważ wiedzieli, co widzą i że żadne z wyjaśnień podanych przez media nie są nawet bliskie opisowi wyglądu chupa-chupas lub ich słupów światła.

Operacja Spodek: 

Ludzie z COMAR (Comando Aéreo Regional, Regionalne Dowództwo Sił Powietrznych) przybyli na wyspę i dokonali szeregu projektów badawczych, w ramach projektu nazwanego „Operacja spodek”. Nigdy nie przyznają, że UFO albo latające spodki były odpowiedzialne za tajemnicze słupy światła – zawsze będą opowiadać się za bardziej racjonalnymi tłumaczeniami.

Wyniki pracy: 

Brazylijskie siły powietrzne niedługo odkryły powód paniki na wyspie – jako że ich własny personel stał się celem słupów światła. Udało im się nakręcić cztery filmy, na których uwieczniono tajemnicze obiekty, oraz wiele fotografii. Jednak pomimo tego żadne wyjaśnienie nie zostało zaakceptowane przez mieszkańców Colares. 
BRAZYLIA NOWE INFORMACJE

Prezentujemy treść korespondencji z Brazylii, a dokładniej rzecz ujmując od A.J. Geaverda, ufologa i redaktora tamtejszego magazynu ufologicznego. Choć Geaverd jest postacią kontrowersyjną i przez niektórych uważaną za pozbawioną należytego krytycyzmu, prezentowany przez niego materiał dotyczący ujawnionych dokumentów Brazylijskiego Lotnictwa wydaje się być niezwykle interesujący. Część z oficjalnej ufologicznej dokumentacji została już ujawniona w tym kraju cieszącym się jednymi z najbardziej barwnych incydentów z udziałem UFO.

Setki stron dokumentów należącego do Brazylijskich Sił Powietrznych Systemu Badań Niezidentyfikowanych Zjawisk Powietrznych, które niedawno wyszły na światło dzienne, pokazują w jaki sposób władze tego kraju podchodziły do zjawiska UFO na przestrzeni lat 60-tych i 70-tych.

Brazylijski Komitet Badaczy UFO (CBU) otrzymał znaczną część oficjalnych dokumentów dotyczących zjawiska UFO pochodzących ze źródeł rządowych, które w szczegółowy sposób podkreślają wewnętrzną strukturę działania wyżej wymienionej jednostki stworzonej w 1969 przez Brazylijskie Lotnictwo w celu zbadania kwestii niezidentyfikowanych obiektów latających i ich pasażerów. Od pierwszych liter brazylijskiej nazwy systemu wzięła się jego potocznie używana nazwa – SIOANI. Tym razem dokumenty nie pochodziły jednak bezpośrednio od brazylijskiego rządu i nie były wynikiem kampanii tamtejszych ufologów dotyczącej odtajnienia dokumentacji dotyczącej zjawiska NOL, jak to miało miejsce w trzech poprzednich oficjalnych przypadkach.

Najnowsza porcja materiału została wręczona badaczom CBU przez ufologa Edisona Boaventurę z Grupo Ufologico do Guaruja (GUG), który przez dekadę trzymał je z dala od publicznego widoku. Boaventura otrzymał te dokumenty od emerytowanego lotnika jeszcze w latach 90-tych i od tego czasu przechowywał je w kryciu. Dokumenty te wraz z fotografiami na swoich stronach ujawnił brazylijski „UFO Magazine”. W przeciwieństwie do dokumentów, które brazylijscy ufolodzy otrzymali wcześniej, najnowszy zestaw zawierał także kolorowe rysunki rzekomych NOL-i wykonane przez pracowników SIOANI oraz zdjęcia świadków, w tym m.in. fotografię przedstawiające Marię Cintrę, która wczesnym sierpniowym rankiem 1968 roku była świadkiem dość dziwnego bliskiego spotkania, które miało miejsce w Lins i które było potajemnie badane przez wojsko. 
Maria Cintra w towarzystwie badacza z SIOANI

27 sierpnia 1968 roku w Lins recepcjonistka miejscowego szpitala, Maria Cintra, słysząc dziwny dźwięk dochodzący z zewnątrz otworzyła drzwi widząc obco wyglądającą kobietą ubraną w lśniący strój z kapturem i trzymającą w ręce coś, co przypominało szklaną butelkę oraz kubek. Cintra napełniła je oba wodą z pobliskiej fontanny, zaś gdy czyniła to, kobieta położyła jej rękę na ramieniu wymawiając kilkakrotnie niezrozumiałe dla niej słowo. Wkrótce Cintra zauważyła jasny obiekt w kształcie gruszki o płaskim podwoziu, który unosił się tuż nad szpitalnym trawnikiem. W środku znajdował się jeszcze jeden pasażer. Wkrótce obiekt powoli wzniósł się do góry i zniknął emitując ten sam dźwięk, który zwrócił nań uwagę recepcjonistki.

W opublikowanych niedawno dokumentach znajdziemy także szczegółowe opisy procedur stosowanych w licznych incydentach związanych z obserwacją UFO, które do tej pory były czymś rzadkim. SIOANI, jak powiedzieliśmy wcześniej, stworzone zostało w 1969 z inspiracji i pod przewodnictwem mjr Jose Vaz da Silvy, który kierował Komitetem ds. Badań Latających Spodków. Określano je jako „źródło materiałów i ludzi poświęconych badaniom tzw. Niezidentyfikowanych Zjawisk Powietrznych (NZP)”. Zamknięcie amerykańskiego Projektu Blue Book sprawiło, że w 1972 roku podobny los spotkał SIOANI. Niestety, dziś już mało kto pamięta o tym zadziwiającym przedsięwzięciu. W skład SIOANI wchodziły:

- CIOANI (Centrum Badań Niezidentyfikowanych Obiektów Powietrznych) – centralny organ systemu,
- ZIOANI (Strefa Badań nad NZP) – 6 biur, których zasięg obejmowało swą działalnością Biuro ds. Bań nad NZP,
- NIOANI (Biuro ds. Badań nad Niezidentyfikowanymi Obiektami Powietrznymi) – biuro, którego zadaniem była obserwacja, rejestracja oraz badanie i gromadzenie danych na temat UFO. Funkcje tą pełnić mogli wojskowi, instytucje publiczne albo cywile,
- LIOANI (Laboratoria Badawcze i Analityczne) – placówki o celach badawczych.
- TIOANI (Transport personelu i materiałów) – Środków transportu dostarczało wojsko, agencje rządowe lub osoby cywilne. Gdy brak było odpowiednich możliwości, wykorzystywano środki komercyjnego transportu, który musiał być szybki i trafiać bezpośrednio do celu. Podstawą było bowiem szybkie zjawienie się badaczy w miejscu obserwacji rzekomego UFO w celu uniknięcia problemów związanych z wpływem czas na interpretację zjawiska przez świadków.
- RIOANI (Sieć komunikacyjna) – składała się z sieci obejmującej jednostki komunikacyjne armii, policji oraz amatorskiej sieci radiowej. Celem była szybka transmisja i wymiana danych.SIOANI składało zwykle raport Ministerstwu Lotnictwa skąd relacje przekazywane były do Sił Powietrznych.

Biorąc pod uwagę fakt, że SIOANI nie było agencją tajną, zaś pracę w niej znaleźli także cywile, można stwierdzić według Brazylijczyków, że to właśnie ich kraj był pierwszym, który oficjalnie uznał prawdziwość zjawiska latających spodków i podjął otwarte badania na tym polu.

mjr Jose Vaz da Silva

W brazylijskiej ufologii szczególnie ważnych jest kilka elementów, w tym m.in. słynna i kontrowersyjna „Operacja Spodek” oraz „Noc UFO” z 1986 roku.

W ramach Operacji Spodek (port. Operaçao Prato) kpt. Hollanda (na zdjęciu obok) wysłany został do prowincji Para w celu zbadania tajemniczego zjawiska, które miejscowi nazywali „chupa-chupa”. Nie chodziło tu jedynie o wzmożoną ilość obserwacji, ale o coś znacznie bardziej tajemniczego i niepokojącego, gdyż obiekty te stanowiły zagrożenie dla miejscowej ludności. Zarówno świadkowie, jak i badacze nie mieli pojęcia o tym, co działo się tam na przełomie 1977 i 1978 roku.

Władze dobrze wiedziały o panice, jaką obiekty (o zróżnicowanym wyglądzie zewnętrznym) siały wśród miejscowej ludności, która samoorganizowała się w celu obrony przed nimi. Przyznał to także sam Hollanda, wyznając Brazylijskiemu Magazynowi Ufologicznemu:

- Zawsze mówiliśmy im [mieszkańcom]: „nie strzelać”. Pewnego razu silne światło skierowane zostało na jednego stolarza. Miał on 50 lub 60 lat. Wziął strzelbę i wystrzelił w kierunku obiektu. Światło otoczyło go i przewróciło na ziemię, paraliżując go. Przez 15 dni nie mógł się prawie poruszać, przy czym pierwszego dnia po incydencie nie ruszał się wcale. Mógł mówić, widzieć i słyszeć, ale nie poruszać się.

Pojawiające się w okolicy obiekty mieszkańcy nazwali „chupa-chupa” – „wysysaczami”. Jedna z miejscowych lekarek opowiedziała o 40 przypadkach poparzeń okolicznej ludności spowodowanej działaniem obiektów, które według niektórych świadków wydawały się być pilotowane przez niewysokie istoty o wzroście ok. 1.20 – 1.30 m. 

Jeden z najbardziej interesujących przypadków związanych z „chupa-chupa” stał się udziałem Claudomiry Paixao. Mieszkanka Baia do Sol powiedziała, iż nocą 18 października 1977 roku, w okno jej domu zaświeciło silne światło.
Jeden z rysunków z ujawnionych niedawno akt SIOANI

- Powietrze stało się gorące. Początkowo światło było zielone, dotknęło mej głowy i twarzy. Obudziłam się, zaś światło zmieniło kolor na czerwony. Dostrzegłam postać przypominającą mi nurka, która miała w ręce urządzenie przypominające pistolet. Skierował on je w moim kierunku, zaś przedmiot błysnął trzykrotnie, jak gdyby wystrzeliwał w kierunku mej klatki piersiowej. To nie bolało, lecz przypominało ukłucia. Myślę, że pobierali mi krew. Byłam przerażona. Nie mogłam nawet poruszyć nogami.

Jej relacja okazała się bardzo ważna, ponieważ w wielu przypadkach dochodziło do podobnych zajść związanych z paraliżowaniem świadka i pobieraniem krwi. Hollanda w wywiadzie dla UFO Magazynu przekazał im swe własne zdanie na ten temat, do którego doszedł po przesłuchaniu świadków i zapoznaniu się z opiniami ekspertów.

- Istoty kosmiczne zwane przez miejscowych „chupa-chupa” nie atakowały ludzi, a jedynie „zbierały próbki”. Pojawiały się one w przestrzeni powietrznej w grupach rozpoczynając od Maranhăo, potem Colares, Marajó, Monte Alegre, Santarém, Manaus. Wydawało się, iż robią to według określonego planu – powiedział dodając, że lotnictwo wydawało się nie być zainteresowane zjawiskiem.

Claudomira Paixao (fot.: B.Pratt, MUFON)

Otwartość Hollandy w kwestii zjawiska UFO i jego związków z wojskiem oraz udostępnienie przez niego oficjalnych materiałów Operacji Spodek miały tragiczny finał. W 1997 znaleziony został martwy w łazience w swym domu. Powiesił się na pasku swego szlafroka. Sam Hollanda również był świadkiem bliskiego spotkania z istotą pozaziemską w czasie Operaçao Prato.

Tzw. Oficjalna noc UFO w Brazylii to znaczącej wagi seria wydarzeń, do których doszło w maju 1986 roku, kiedy to ok. 21 obiektów o średnicy ponad 100 m zablokowały system kontroli lotów m.in. nad Rio de Janeiro, San Jose dos Campos i Sao Paulo. W celu ich rozpoznania wysłano samoloty wojskowe.

Obiekt typu chupa - chupa
O zdarzeniu tym głośno było w brazylijskich mediach. Minister lotnictwa kraju oświadczył wówczas:

- Między godziną 20:00 a 1:00 radary w Brazylii wykryły co najmniej 20 obiektów. Ukazały się one na radarach, wprowadzając zamęt do ruchu lotniczego w okolicy. Za każdym razem kiedy radar wykrył niezidentyfikowany obiekt, wysyłano myśliwce w celu rozpoznania. Radary wskazywały na stałe wykonane z metalu obiekty oraz ciężkie chmury. Na niebie nie znajdowały się wtedy ani chmury, ani konwencjonalne samoloty. Niebo było czyste. Chcielibyśmy zaprezentować wyjaśnienia od strony technicznej, jednak ich nie mamy. Trudno nam wskazywać na hipotezę wojny elektronicznej. Jest ona bardzo odległa i w Brazylii raczej nie wchodzi w grę. To niezwykle. Sygnały na radarach były jasno zrozumiałe… 

środa, 6 kwietnia 2016

Brazylia: Bliskie spotkania letalnego stopnia


Ojczyzna Canarinhos - kraj samby, kawy i faweli, przez długi czas uznawany był też za "światową stolicę UFO". Tamtejsze zdarzenia z udziałem niezidentyfikowanych obiektów i ich pasażerów były bez precedensu. W Brazylii oficjalnie badano bowiem liczne przypadki śmierci lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu po kontakcie ludzi z UFO…

Tematyka OVNIs*, czyli "niezidentyfikowanych obiektów latających" cieszy się w Brazylii wielką popularnością. Jeszcze kilkanaście lat temu kraj ten był uznawany za światowe centrum spotkań z UFO, zaś tamtejsze przypadki zdumiewały, a niekiedy wręcz przerażały zachodnich badaczy.

Przykładowo w 1996 r. w okolicach miasta Varginha (stan Minas Gerais) miało dojść do katastrofy nieznanego pochodzenia obiektu. Czerwonobrunatni rozbitkowie rozbiegli się po okolicy, strasząc mieszkańców, ale zostali szybko wyłapani. Jednak zgodnie z relacjami brazylijskich mediów, Marco Eli Chereze - młody policjant, który miał pochwycić obcego gołą dłonią, zmarł kilka dni później w lokalnym szpitalu i został naprędce pochowany. Rodzinie nigdy nie wyjaśniono, co go zabiło.
Niezależnie od stopnia podkoloryzowania, incydent w Varginhii był ostatnim tak głośnym przypadkiem z Brazylii, a Chereze ostatnią osobą, której śmierć łączono z UFO. Wcześniej przez wiele lat napływały zastanawiające relacje o ludziach, którzy mieli umrzeć lub odnieść ciężkie obrażenia na skutek spotkań z dziwnymi obiektami. Ich rezultaty były przeróżne, choć najczęściej obejmowały dolegliwości przypominające chorobę popromienną.
By zweryfikować te doniesienia, w podróż do Brazylii udał się amerykański dziennikarz i redaktor naczelny kilku lokalnych gazet, Bob V. Pratt (1926-2005), który początkowo wątpił w historie o UFO. Zainteresował się tym dopiero w 1975 r., rozmawiając z kilkoma świadkami obserwacji, a ufologia stała się w końcu tematem jego najdłuższego dziennikarskiego śledztwa. Jego owocem była książka "UFO Danger Zone" ("Strefa UFO-niebezpieczeństwa", wyd. 1996).
"Operacja Talerz"
"Często bliskie spotkanie zaczynało się, kiedy UFO pojawiało się niespodziewanie nad głową rybaka czy rolnika w postaci jaskrawego rozbłysku" - pisał Pratt o brazylijskich incydentach. "Istniały przypadki, kiedy na ludzi oddziaływała niewidoczna siła próbująca wciągnąć ich do środka nieznanego pochodzenia pojazdu. Byli też tacy, którzy starali się uciec przed obiektami, dla których nie było jednak żadnych przeszkód".
Tak, wydawało się, że w Brazylii obiekty UFO polują na ludzi.
Sceptycy powiedzą, że taka sytuacja nie mogła się zdarzyć, a jeśli nawet, to nie uszłaby uwadze władz. I nie uszła. W 1977 r. Brazylijskie Siły Powietrzne (FAB) rozpoczęły tzw. Operację Talerz (Operação Prato). Była ona odpowiedzią na niepokojące doniesienia napływające z gminy Colares (stan Pará) na północno-wschodnim krańcu kraju.
- Zawsze powtarzaliśmy mieszkańcom: "Nie strzelać do tego" - mówił dowodzący akcją kpt. Uyrangê de Hollanda z wywiadu lotniczego. - Raz światło pojawiło się nad pewnym stolarzem. Miał 50 albo 60 lat. Wziął strzelbę i oddał strzał w stronę obiektu. Światło otoczyło go i przewróciło na ziemię, paraliżując. Przez 15 dni nie mógł się ruszyć, przy czym pierwszego dnia był absolutnie bezwładny. Mógł mówić, widział i słyszał, ale się nie ruszał.
Mieszkańcy Pará nazywali te obiekty "chupas-chupas". Wierzyli, że to przybysze z kosmosu, którzy porywają ludzi, pobierają im krew i pozbawiają sił (stąd nazwa, którą można przetłumaczyć jako "wysysacze"). Niektórzy świadkowie mówili, że bez jaskrawej otoczki obiekty te miały kształt "beczek" lub "lodówek". Szybko zauważono, że działają one w ramach określonego planu, a ich obecność eskalowała niepokoje. W miejscach, gdzie pojawiało się UFO, ludzie bali się wychodzić z domów, wystawiano też straże.
Jeden z nagłośnionych ataków dotyczył Claudomiry Paixao z Baia do Sol, która tak opisała to, co stało się, gdy nocą 18 października 1977 r. nad jej domem rozbłysło intensywne światło:
- Powietrze zrobiło się gorące. Początkowo światło było zielone. Dotknęło mojej głowy i twarzy. Wstałam, a światło zmieniło kolor na czerwony. Dostrzegłam postać przypominającą nurka, która miała w ręku urządzenie wyglądające jak pistolet. Istota skierowała je w moją stronę, a ono trzykrotnie błysnęło. To nie bolało, przypominało ukłucia. Byłam przerażona! - mówiła.
Zdaniem gen. José Carlosa Pereiry - byłego dowódcy obrony powietrznej Brazylii i doradcy prezydenckiego, który jest zwolennikiem otwartego podejścia do kwestii UFO, z Operacji Talerz sporządzono bogatą dokumentację pisemną i fotograficzną, której większość ciągle znajduje się w rękach wojska. Jest on jednak bardzo ostrożny w ocenie zjawiska, które pod koniec lat 70. wywołało w Brazylii takie zamieszanie.
- Mówienie o tym, kim są te istoty jest ryzykowne - powiedział Pereira w rozmowie z magazynem "Revista UFO". - Nie posiadamy o nich żadnej wiedzy. Myślę, że ufologia ma jeszcze wiele pracy do wykonania.
W 1978 r. Hollanda otrzymał nakaz przerwania misji, czemu się sprzeciwiał. Oficjalnie Operação Prato nie doprowadziła do żadnych konkretnych wniosków, jednak relacje zebrane przez niezależnych badaczy wskazywały jasno, że zdawano sobie sprawę ze skali zagrożenia, a ci, którzy stali za aktywnością "chupas-chupas" wydawali się absolutnie poza kontrolą.
W październiku 1997 r. Hollanda został znaleziony martwy w mieszkaniu. Powiesił się. Przyczyną samobójstwa miała być długotrwała depresja wynikająca ponoć z doświadczeń niedokończonej operacji. Brazylijscy badacze nie wierzą jednak w tę wersję, tym bardziej, że wojskowy zmarł dwa miesiące po tym, jak przerwał milczenie, udzielając prasie wywiadu.
Agresywne chupas-chupas
Operacja Talerz okazała się czubkiem lodowej góry. Pratt odkrył, że ataki latających obiektów na ludzi zdarzały się zarówno wcześniej, jak i później w różnych miejscach kraju. Od 1978 r. odwiedzał on Brazylię kilkakrotnie, spotykając się z ufologami i lekarzami, którzy ujawnili mu skalę tego niepokojącego fenomenu.
Choroby Luisa Barroso z gminy Quixadà (stan Cearà) nie potrafił zdiagnozować tuzin lekarzy. Wszystko zaczęło się w 1976 r., kiedy wczesnym rankiem jechał on wozem zaprzężonym w osła do sąsiedniej miejscowości. Po kilku godzinach znaleziono go nieprzytomnego, a gdy się ocknął powiedział, że zawisł nad nim wielki latający obiekt, który trafił go świetlnym promieniem.
"Pod koniec dnia Barroso poczuł się bardzo źle" - pisał Pratt w artykule. "Cierpiał na nudności, wymioty, biegunkę i bóle głowy. Zajął się nim lekarz, ale objawy utrzymywały się przez następne dni. Postanowiono więc wysłać go do Fortalezy - jednego z największych miast w regionie. Po powrocie do domu u Barroso nagle zaczęła szwankować pamięć i mowa. W ciągu trzech miesięcy osiwiał, a po pół roku stał się niezdolny do jakichkolwiek samodzielnych czynności".
W stanie wegetatywnym wymagającym całodobowej opieki przeżył 17 lat. Jego bliscy nie mieli wątpliwości, że było to rezultatem spotkania z UFO. Co ciekawe, osioł również niedomagał, ale doszedł do siebie i do końca swoich dni był ponoć nienaturalnie pobudzony.
Bardziej ucierpiał Cecilio Higino Pereira - niepiśmienny robotnik rolny, który zmarł w 1976 r. w wieku zaledwie 30 lat. Mężczyzna i jego dwie sąsiadki zostali zaatakowani przez świetlisty obiekt w Dolinie Rzeki Starych Kobiet w regionie miasta Sete Lagos (Minas Gerais), gdzie mieszkali. Cecilio uciekał tak szybko, że zgubił but, a kiedy po niego wrócił, zbliżyło się do niego tajemnicze światło.
"Krzyczał i starał się uciec" - wspominał Pratt. "Został jednak sparaliżowany, jak gdyby poraził go prąd. Potem poczuł ‘przeraźliwie zimny podmuch, a następnie w pojeździe zobaczył dwie nieduże postacie. Bał się, że umrze, jednak światło oddaliło się. Mężczyzna padł wtedy na ziemię. Kilka minut później zaczął wymiotować. Do domu doszedł ostatkiem sił".
Gdy dotarł do niego Hulvio Aleixo - lokalny badacz UFO, mężczyzna ciągle był w złym stanie, chociaż kilka dni potem zmusił się do wstania z łóżka. Pereira prawdopodobnie nigdy nie zgłosił się do lekarza. Jego zgon nastąpił dwa miesiące po bliskim spotkaniu ze światłem.
W 1975 r. z podobnych przyczyn zmarł 70-letni dostawca pieczywa, José Edígio Vieira (mieszkaniec tego samego regionu), który natknął się na jaskrawy obiekt razem ze swym krewniakiem. Następnego ranka Vieira obudził się osłabiony i z żółtym zabarwieniem skóry. Zmarł dwa tygodnie później w szpitalu.
Obca ekspedycja badawcza?
Kontakty z chupas-chupas często kończyły się oparzeniami, innymi niegroźnymi dolegliwościami albo szokiem. W 1978 r. Pratt rozmawiał z 78-letnim ranczerem Januncio Souzą, który kilka miesięcy wcześniej, wracając od sąsiada, został "napadnięty" przez jaskrawy obiekt. Przerażony, chwycił się mocno pobliskiego pnia, odczuwając skok temperatury jak i to, że jakaś niewidoczna siła próbuje "wessać" go do środka UFO. Na szczęście światło niebawem odleciało, zostawiając Souzę w spokoju. Spadło na niego jednak parę kropel "oleistej gorącej substancji", która przepaliła mu ubrania i poparzyła ciało.
Coś podobnego w 1981 r. przytrafiło się Jerinaldo Dantesowi z gminy Acari (Rio Grande do Norte), który przed UFO skrył się pod drzewem. Po chwili, ku rosnącemu przerażeniu zauważył, że jego wierzchołek zaczyna się tlić, a następnie się odłamuje. Dantes miał jednak szczęście, gdyż obiekt się oddalił.
W 1992 r. Domingos Elias Lopes z Doliny Rzeki Starych Kobiet po raz drugi w życiu natknął się na latające ciało, które tym razem przypominało kształtem "odwróconą wannę". Mężczyzna uciekał przed nim tak szybko, czując je cały czas nad sobą, że wbiegając do domu, wyważył drzwi.
"Dorvalina - jego żona, myślała, że to złodziej" - pisał Pratt. "Potwierdziła, że widziała obiekt w końcowej fazie lotu, podczas której dał się słyszeć charakterystyczny dźwięk. Następnego dnia na plecach Domingosa pojawiły się wrzody, a później rozwinęła się u niego choroba przypominająca żółtaczkę".
Podobnych incydentów było więcej i miały one bardzo różny przebieg. Z czasem zaczęły być coraz rzadsze, aż w końcu stały się jedną z wielu kart długiej kroniki spotkań z UFO w największym kraju Południowej Ameryki. Większość pytań pozostała jednak bez odpowiedzi i dziś historia o chupas-chupas atakujących ludzi może dla niektórych brzmieć jak tanie science-fiction.
Pratta najbardziej zastanawiało, dlaczego to właśnie Brazylia padła ofiarą zmasowanej "akcji" ze strony niezidentyfikowanych obiektów. Jeżeli uznać, że rzeczywiście był to rodzaj przedsięwzięcia badawczego przybyszów z kosmosu, można zrozumieć, dlaczego wybrali właśnie ją. W tak wielkim, chaotycznym i pełnym pustych przestrzeni kraju łatwo zatrzeć po sobie ślady…
___________________
* Skrót od Objetos voadores não identificados
Cytaty pochodzą z prac B. V. Pratta oraz magazynu "Revista UFO"

Od 2015 roku takie same kule są widywane na Gdańskiem w okolicach poligonu Jasień.
Wkrótce zdjęcia i opisy.

10 najbardziej wiarygodnych obserwacji UFO na świecie sprawdzone przeze mnie w prasie i necie

10 najbardziej wiarygodnych obserwacji UFO na świecie


Nie ma chyba nic bardziej niepokojącego i zaskakującego jak zaobserwowanie niezidentyfikowanego obiektu latającego na niebie. Kiedy widzisz UFO na niebie jedną z pierwszych myśli, które przyjdą ci do głowy to chwycenie za aparat lub kamerę i uwiecznienie tego zjawiska.
Oczywiście większość niezidentyfikowanych obiektów latających wcale nie musi należeć do pozaziemskiej cywilizacji. Mogą to być nowe technologie testowane przez wojsko i uchwycone aparatem lub kamerą przez postronnych świadków. Mimo wszystko dziś mamy dla was 10 najbardziej wiarygodnych obserwacji UFO, które nawet sceptykowi karzą się zastanowić „Czy na pewno jesteśmy sami we wszechświecie?".
1. UFO nad Melbourne: 2013 r.
W 2013 roku nastąpił spadek obserwacji UFO w porównaniu do 2012 roku, jednak to właśnie w 2013 nad Melbourne nagrano przynajmniej kilka obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających. Jeden z przypadków miał miejsce bezpośrednio nad miastem, kiedy to zaobserwowano trzy dobrze oświetlone obiekty. Kiedy indziej UFO zostało nagrane w porze wieczornej, przy okazji obserwacji stacji ISS, która przelatywała nad Australią we Wrześniu 2013. Poniżej możecie zobaczyć film z trzema niezidentyfikowanymi obiektami.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=AWkKyL4n6jE
2. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS): 2012/2013 r.
Astronauci pracujący na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej niejednokrotnie raportowali ziemi, że są świadkami aktywności UFO więc trudno tu wybrać tylko jeden przypadek. Oczywiście większość takich obiektów da się wytłumaczyć kosmicznym złomem, którego pełno jest na orbicie – jednak nie ulega wątpliwości, że gdyby obca cywilizacja interesowała się człowiekiem, zapewne obserwowała by jak ten radzi sobie w kosmosie. Od niedawna na zewnątrz ISS zamontowana jest kamera HD skierowana w kierunku Ziemi, więc każdy z was może poszukać UFO.


3. Letnie Igrzyska Olimpijskie: 2012 r.
Każdy kto oglądał Letnie Igrzyska Olimpijskie 2012 w Londynie prawdopodobnie mógł zaobserwować ten obiekt. Podczas ceremonii otwarcia UFO zostało zaobserwowane przy pokazie sztucznych ogni, niedaleko głównej areny olimpijskiej. Sceptycy twierdzą, że mógł to być helikopter lub sterowiec, jednak organizatorzy twierdzą, że w tym czasie żaden obiekt latający nie mógł być w okolicy, bowiem obowiązywał zakaz lotów nad areną olimpijską. Oczywiście Olimpiada jest jednym z tych wydarzeń, które kosmici na pewno chcieli by zobaczyć.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=1JdI5TxLejA

4. Jerozolima: 2011 r.
Ta obserwacja jest uważana przez wielu za najlepszą obserwację UFO w ostatniej dekadzie. Obiekt zaobserwowano nad Jerozolimą pod koniec stycznia 2011 roku. Co bardziej interesujące, nie był to pierwszy raz w historii kiedy nad tym miastem obserwowano NOL. Sceptycy twierdzą, że nagranie mogło zostać sfałszowane, bowiem obiekty świetlne łatwo nakłada się podczas obróbki filmu. Czy aby na pewno? Obiekt został sfilmowany przynajmniej przez kilka kamer, zaś poniżej macie komplikację materiałów filmowych.


5. Pokaz lotniczy w Chile: 2010 r.
W 2010 roku podczas pokazów lotniczych mających miejsce w okolicach Santiago jeden z obserwatorów uwiecznił bardzo szybko poruszające się UFO. Obiekt dał się uwiecznić na filmie przynajmniej kilka razy. Obiekt porusza się tak szybko, ze jest widoczny dopiero w technice poklatkowej. Specjaliści obliczyli, że UFO musiało przelatywać z prędkością wynoszącą około 6,5 tysiąca kilometrów na godzinę. Również tutaj nie brakuje sceptyków, którzy podają, że wyjaśnieniem tego może być artefakt występujący na filmie.
6. Światła nad Phoenix: 1997 r.
13 marca 1997 roku ludzi mieszkających w Phoenix w Arizonie zadziwiły światła, które przez dłuższy czas unosiły się na niebie nad miastem. W rzeczywistości niezidentyfikowane obiekty latające ujrzano tego dnia w pięciu różnych miastach w Arizonie. Obserwację zaczęły się około 22:00 zaś zakończyły następnego dnia nad ranem, około godziny 2:00. Do dziś światła nad Phoenix pozostają jedną z najlepszych obserwacji UFO w dziejach ludzkości. Jak dotychczas nie wyjaśniono co mogło je spowodować. Niektórzy sceptycy twierdzą, że mogły to być race świetlne.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=ymCmI-MvIeU

7. Lot nr 1628: 1986 r.
Był listopad 1986 roku. Specjalny Boeing 747 linii Japan Air Lines wyruszył z Paryża do Japonii z ładunkiem francuskiego wina Beaujolais. Kapitanem lotu nr 1628 był Kenju Terauchi, weteran i człowiek z 29 letnim doświadczeniem za sterami samolotu. Podczas przelotu nad Alaską kapitan oraz cała załoga samolotu zauważyła trzy UFO zaledwie kilkaset metrów pod sobą. Według relacji świadków były to dwa mniejsze obiekty i duży statek matka. Kapitan oraz świadkowie twierdzili, że największe UFO było wielkości dwóch amerykańskich lotniskowców.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=KCXPRh7ifec

8. Colares, Brazylia: 1977 r.
W 1977 roku miały miało miejsce wiele manifestacji UFO nad 2-tysięcznym miastem położonym na wyspie Colares. Tylko nieliczni mieszkańcy wyspy nie doświadczyli obserwacji UFO. Sprawa była na tyle poważna, że zaangażowało się w to brazylijskie wojsko, które przeprowadziło w tym miejscu „Operacji Spodek", której celem było wyjaśnienie tajemniczego zjawiska. Świadkom oraz wojsku udało się zrobić zdjęcia i amatorskie filmy, jednak te zrobione przez wojsko były utajnione aż do 1990 roku. Dziś Colares nazywane jest Brazylijskim Roswell.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=0I2xYafR7Y0

9. Kecksburg, Pensylwania: 1965 r.
W grudniu 1965 roku mieszkańcy Kecksburga w Pensylwanii zobaczyli na niebie ognistą kulę, która następnie rozbiła się w pobliskim lesie. Świadkowie twierdzą, że całe zdarzenie wyglądało jak awaryjne lądowanie. Ludzie, którzy pojawili się na miejscu tuż po katastrofie przyznają, że obiekt wyglądał jak metaliczny żołądź, zaś u podstawy miał wyryte dziwne znaki. Bardzo szybko po wydarzeniu na miejscu pojawiło się wojsko, które odgrodziło cały teren a następnie zapakowało obiekt na ciężarówkę. Z uwagi na dużą liczbę świadków to co działo się w Kecksburg uznajemy za jedną z najbardziej wiarygodnych manifestacji UFO.
10. Bitwa o Los Angeles: 1942 r.
Był luty 1942 roku. Stany Zjednoczone wciąż nie mogły się otrząsnąć po ataku na Pearl Harbor w grudniu 1941 roku. Wiec gdy niezidentyfikowane obiekty latające pojawiły się na niebie nad Los Angeles, nic dziwnego, że w mieście doszło do ogromnej paniki. W sprawę bardzo szybko zaangażowało się wojsko. Podczas kiedy ludzie byli ewakuowani do schronów, niebo zaczęły przeczesywać reflektory przeciwlotnicze, zaś artyleria przeciwlotnicza otworzyła ogień do niezidentyfikowanych obiektów. Obiekt w końcu zniknął a alarm został odwołany po kilku godzinach.
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=5m7736RMBEg

wtorek, 5 kwietnia 2016

UFO PRAWDA I MISTYFIKACJA

Witam wszystkich na moim blogu. 

Od bardzo dawna UFO,Rods,Orby,Poltergeist itd wszystko to kieruje moim życiem. Będę się starał omówić temat jak najlepiej.

Będę się starał oddzielić prawdę od mistyfikacji.
Bardzo proszę nadsyłać zdjęcia oraz materiał na bloga. Proszę o materiał prywatny.



10 maja 1978 roku w Emilcinie, małej wsi niedaleko Lublina, lądowało UFO. Świadkiem tego był rolnik Jan Wolski, który spotkał dwie dziwne istoty, które zaprosiły go na pokład ich statku. Historia została szeroko opisana, przez 35 lat "zdarzenie w Emilcinie" było uważane za najlepiej udokumentowany przypadek UFO w Polsce. Prawda okazała się jednak prozaiczna. Cała sprawa była mistyfikacją i zemstą jednego ufologa na drugim.



Osobą, która lądowanie UFO w Polsce nagłośniła był łódzki ufolog Zbigniew Blania. To dzięki niemu media w PRL szczegółowo opisały relację Jana Wolskiego, rolnika z Emilcina, który spotkał niskie, zielone istoty o skośnych oczach, które zabrały go do swojego pojazdu będącego wielkości połowy autobusu, który unosił się 5 metrów nad ziemią, a dostać się do niego można było swego rodzaju windą.
Blania do sprawy podszedł bardzo fachowo – zaprosił do współpracy specjalistów, m.in. psychologa i psychiatrę, którzy przebadali Wolskiego i potwierdzili, że mężczyzna mówi prawdę. A przynajmniej szczerze wierzy, w to co mówi. Do tego Blania "znalazł" drugiego świadka zdarzenia, 6-letniego chłopca.

Wszystko to sprawiało wrażanie bardzo wiarygodnego zdarzenia. Co więcej, nikt go nie podważał przez 35 lat i wnikliwie nie przeanalizował, a "zdarzenie w Emilcinie" zostało uznane za najlepiej udokumentowane zdarzenie UFO w Polsce. W 2005 we wsi stanął nawet pomnik poświęcony UFO.
Dopiero w 2012 sprawie wnikliwie przyjrzał się Bartosz Rdułtowski, publicysta i autor książek poświęconych głównie II wojnie światowej i tajemnicom z nią związanymi. W swojej książce "Tajne operacje. PRL i UFO" dowodzi, że "śledztwo" Blani było nierzetelne, a cała sprawa okazała się mistyfikacją. Była zemstą jednego ufologa na drugim, choć nie potoczyła się do końca tak, jak to miało być.
O szczegółach dotyczących "zdarzenia w Emilcinie" Bartosz Rdułtowski mówi w rozmowie z Onetem.
Piotr Ogórek: Wierzy pan w UFO, w cywilizacje pozaziemskie?
Bartosz Rdułtowski: Nie traktowałbym tego jako wiary, bo wierzyć można w Boga, w religię. Obce cywilizacje to natomiast musi być kwestia twardych dowodów. Nie jestem więc w stanie odpowiedzieć, czy istnieją, ale nie można tego wykluczyć. Uważam natomiast, że nie ma dowodu, że jakieś obce cywilizacje nas odwiedzają.
Człowiek jest egocentryczny, stawia siebie w środku świata i wszechświata, bogowie są na ludzkie podobieństwo, podobnie z tzw. "zielonymi ludzikami". A przecież, jeśli istnieje gdzieś w kosmosie jakaś inteligenta forma życia, to w żaden sposób nie musi przypominać człowieka.
Dokładnie. Dla mnie cała ufologia jest jednym wielkim mitem, który powstał tuż po II WŚ. Wtedy zaczęto publikować różne historie o latających spodkach. To się oczywiście narodziło w USA, ale "zaraza latających talerzy" bardzo szybko ogarnęła inne kraje. Fenomen UFO to zjawisko głównie psychologiczno-socjologiczne, które pokazuje, jak masa ludzi może zacząć widzieć na niebie coś, po tym, jak przeczyta dwa, trzy artykuły. To zasadniczo rodzi się w głowie.
Albo w wojsku. Bo chyba możemy założyć, że jeśli czasami ktoś widział "UFO", to tak naprawdę był świadkiem testowania prototypowych myśliwców. A wojskowym było pewnie na rękę, że ludzie mówią o "latających spodkach".
Tematem tym zajmuję się od lat. Związek tajnych technologii wojskowych – np. zaawansowanych technicznie samolotów – z doniesieniami o UFO jest niezaprzeczalny. W USA wojskowi od końca lat 70. XX wieku wręcz promowali zjawiska UFO. W organizacjach ufologicznych byli oficerowie wywiadu, zwłaszcza z sił powietrznych, którzy mieli za zadanie siać dezinformację, opowiadać o katastrofach UFO, itp.
Czemu to wszystko miało służyć?
Wtedy testowano w USA prototypowy model samolotu F117 Stealth oraz szereg innych nowatorskich projektów – w tym samolotów bezzałogowych. Konstrukcje te co jakiś czas były widywane przez postronne osoby, a co gorsza ulegały też katastrofom. Ciężko wyobrazić sobie, że wojsko przyznaje się do rozbicia prototypowej i ściśle tajnej maszyny. Tymczasem mówienie o UFO było tym łatwiejsze, że owe projekty – jak choćby F117 – miały nietuzinkowy kształt, nie przypominały konwencjonalnych samolotów. Dla ufologów była to manna z nieba. Najważniejszym jednak elementem wiary w UFO – jako gości z kosmosu – jest to, że ludzie chcą słyszeć niezwykłe historie, lubią zagadki, tajemnice. Ludzie chcą szukać drugiego dna, ekscytują się teoriami spiskowymi. Chcą też wierzyć, że COŚ jest nad nami. Jedni wierzą w Boga, inni w kosmitów. To ważny element kształtowania się środowisk ufologicznych oraz kultów UFO. Bo przecież w ciągu kilku minionych dekad powstało na świecie szereg sekt opartych właśnie na wierze w kosmitów występujących w roli bogów. No i oczywiście są jeszcze dziennikarze i publicyści, którzy wiedząc, że UFO to bujda, z premedytacją o nim piszą. To wszystko się scala w jedną całość – trwający od dekad i sukcesywnie ewoluujący mit.
To wszystko pozwala też stwarzać wspólnotę, poczucia bycia w czymś razem.
W USA tak, u nas nie. W Polsce mamy tylko grupki, które się zwalczają, obrażają.
W Polsce też są jednak ludzie interesujący się UFO, wierzący w obce cywilizacje. Mamy swoich ufologów. Dla nich najważniejszym polskim przypadkiem UFO jest rzekomy kontakt z kosmitami rolnika Jana Wolskiego we wsi Emilcin pod Lublinem z 10 maja 1978 roku. Jeszcze do niedawna był to najlepiej udokumentowany przypadek UFO w Polsce. Pan temu przeczy. Czym zatem jest pańska książka "Tajne operacje. PRL i UFO"?
To raport ze śledztwa dziennikarskiego, które miało za zadanie odpowiedzieć na pytanie frapujące mnie od lat. Zdarzenie w Emilcinie wydarzyło się już za mojego życia, miałem wtedy pięć lat, i zawsze mnie to fascynowało. Gdy zacząłem pisać książki, w których rozwiązywałem różne tajemnice, wróciłem też i do tego tematu. W 2012 roku postanowiłem sobie, że dowiem się, co naprawdę stało się w Emilcinie. Bo był to przypadek faktycznie nie do ruszenia. Moc argumentów była tak przekonująca, że sam też w nią wierzyłem. Nawet jak zaczynałem śledztwo, to wierzyłem, że tam stało się coś niezwykłego. Ale byłem ciekaw, jaka będzie odpowiedź.
I jaka jest odpowiedź?
Zdarzenie w Emilcinie jest sprytną mistyfikacją z pobudek osobistych, to zemsta jednego ufologa na drugim.
A konkretnie?
Zacznijmy od początku. Całą sprawę nagłośnił łódzki ufolog Zbigniew Blania. To on przybył do Emilcina niedługo po tym, jak zdarzenie to miało miejsce. Przeprowadził wtedy śledztwo i badania, które miały znamiona bardzo fachowych. Zaprosił psychologa i psychiatrę, główny świadek został poddany szeregowi testów medycznych. Blania potraktował cały incydent bardzo poważnie. Potem swoje dochodzenie opisał w dwóch książkach.
Zeznania Jana Wolskiego zostały uwiarygodnione przez specjalistów, ale podkreślano, że wierzy on w to, co mówi. Co nie znaczy, że tak było naprawdę.
To jest sedno sprawy. Bo to, co opowiadał Wolski było nieprawdą, choć dla niego było subiektywną prawdą. To wszystko wydarzyło się tylko w jego umyśle. W moim śledztwie ważny okazał się ciąg przyczynowo-skutkowy. Zebrałem masę elementów, które taki właśnie logiczny ciąg pozwoliły mi stworzyć. To było niczym układanie puzzli. Po pierwsze, Blania przez całe lata nie mówił, skąd dowiedział się o zdarzeniu w Emilcinie. Dopiero w książce z 1996 roku wspomniał, że dowiedział się o tym od lubelskiego ufologa Witolda Wawrzonka.
Jak rozumiem, to między nimi narodził się konflikt, który doprowadził do mistyfikacji z Emilcina.
Tak. Najzabawniejsze jest to, że przez 35 lat nikt nie próbował zweryfikować tego, co ws. zdarzenia w Emilcinie zrobił Blania. Nikt nie przeglądnął jego notatek, archiwum. Blania umarł w 2003 roku i po tym czasie dalej nikt nie zainteresował się weryfikacją jego wersji zdarzeń. Fundacja Nautilus – organizacja markująca prowadzenie badań zjawisk niewyjaśnionych – przez wszystkie te lata intensywnie lansowała tezę o kosmitach z Emilcina. Czy zainteresowali się archiwum Blani? Czy zweryfikowali ten przypadek? Otóż nie. Bo po co? Do zdarzenia podeszli tyleż bezkrytycznie co marketingowo. Miało ono renomę wiarygodnego, co im było na rękę, więc doszli do wniosku, że nie ma sensu drążyć tematu, a już na pewno zadawać niewygodnych pytań. Tym bardziej że właśnie na tym zdarzeniu przez lata budowali swoją medialną pozycję. A wystarczyło, aby zauważyli, że w kwestii zdarzenia w Emilcinie Blania był sędzią we własnej sprawie. Bo to dzięki Emilcinowi i przeprowadzonemu tam przez niego rzekomo wiarygodnemu i profesjonalnemu śledztwu, Blania stał się zarówno sławny, jak i wiarygodny.
Blania przybył do Emilcina i stwierdził, że to jest jego szansa, żeby zaistnieć. On też bezsprzecznie uwierzył w zdarzenie w Emilcinie?
W swojej książce opisywał, że do całej sprawy podszedł sceptycznie, ale potem krok po kroku udowodnił, że było, jak było – że pod Lublinem lądowali kosmici. Ja jednak dotarłem do jego archiwum, które odkupiłem od rodziny. Tam były m.in. kasety z nagraniami tego, co robił w Emilcinie. Słuchając ich, włos na głowie mi się jeżył. Okazało się, że to nie było żadne śledztwo, tylko na siłę uwiarygodnianie z góry przyjętej tezy. To była farsa!
Co konkretnie pan odkrył?
Na przykład, że rzekomy drugi świadek, 6-letni Adaś Popiołek, był tak przesłuchiwany przez Blanię, żeby wymóc na nim właściwe relacje. Mama chłopca, co jest na tych nagraniach, mówiła, że jej syn o wszystkim opowiedział jej już po tym, jak o zdarzeniu było głośno we wsi. Blania to zignorował i dalej tak przepytywał Adasia, żeby ten zmienił zeznania i uwiarygodnił relację Wolskiego. Mały Adaś mówił np. że w przelatującej maszynie widział postać o zielonej twarzy. Ale gdy kilkanaście lat później Blania rozmawiał z nim znowu, nie potwierdził tego. To też jest na nagraniach.
Rozmawiał pan z dorosłym Adamem Popiołkiem?
Na początku 2013 roku kilkanaście minut przez telefon. On wówczas kategorycznie nie chce mieć nic wspólnego z tą sprawą. Jak słusznie zauważył mój współpracownik Adam Chrzanowski, Adam Popiołek stał się więźniem tego niewinnego kłamstwa z dzieciństwa. Jako dorosły człowiek zdał sobie sprawę, że jest to jego wielka tragedia życiowa. Najprościej było zatem przestać z kimkolwiek rozmawiać o tym incydencie. Tak też zrobił.

No dobrze, gdzie jest więc ta cała mistyfikacja?
W archiwum Blani jest teczka podpisana "Wawrzonek". Obaj panowie znali się wcześniej, korespondowali ze sobą. To Wawrzonek pierwszy dowiedział się o incydencie, rozmawiał z Janem Wolskim i poinformował o wszystkim Blanię.
Jeden fachowiec informuje drugiego, bo chciał konsultacji?
Jak pan myśli, czy ufolog, który dostaje w swoje ręce taką sprawę, dzieli się nią z kimś innym?
Raczej nie. Wawrzonek wrobił więc Blanię w lądowanie UFO w Emilcinie?
Wrobił go w sposób mistrzowski.
Jak? Blania uwierzył w to wszystko, nic nie podejrzewając?
Blania był bardzo inteligentnym człowiekiem, ale przy tym nad wyraz pewnym siebie, czasem wręcz aroganckim. Wziął Wawrzonka za głąba. Jadąc do Emilcina, myślał, że ma do czynienia z głupkiem i w ogóle nie brał pod uwagę, że może zostać oszukany, że incydent w Emilcinie to zastawiona na niego pułapka! Zbigniew Blania nie pomyślał o tym wszystkim, bo to on do tej pory był zawsze myśliwym. A myśliwy nie jest mentalnie przygotowany na bycie zwierzyną...
A dlaczego został oszukany?
To właśnie kwestia tego ciągu przyczynowo-skutkowego. Wawrzonek już wcześniej często stosował manipulacje, np. preparując zdjęcie, na którym rzekomo miało być UFO. Wysłał je do programu telewizyjnego "Sonda". Stamtąd trafiło do Blani z prośbą o konsultacje. I tak obaj panowie nawiązali kontakt już pół roku przed Emilcinem! Obaj interesowali się także hipnozą, a Wawrzonek nawet ją praktykował. W marcu 1978 roku Blania zaprosił Wawrzonka do programu telewizyjnego z udziałem Lecha Emfazego Stefańskiego, znanego hipnotyzera. Blania chciał wykonać eksperyment, czy można komuś w hipnozie indukować fałszywe wspomnienia dotyczące na przykład porwania przez UFO. Osobą, na której ów eksperyment miał być przeprowadzony był… Witold Wawrzonek. Po namowach Blani, Wawrzonek zgodził się na to, ponieważ był pewien, że nie da sobie "włożyć" fałszywych wspomnień. W końcu od pewnego czasu sam interesował się hipnozą. Ale eksperyment Blani – który przeprowadzono 18 kwietnia 1978 roku – udał się, co łódzki ufolog opisał potem w książce, jednak bez wymieniania nazwiska Wawrzonka. Po eksperymencie Witold Wawrzonek był wściekły. Gdy w 2013 roku syn Witolda Wawrzonka – Adam Wawrzonek – dowiedział się ode mnie, że wiem o tym zdarzeniu, usiłował zabronić mi o tym pisać, tłumacząc, że była to największa ujma na honorze jego ojca. Witold Wawrzonek poczuł się tym eksperymentem upokorzony i znienawidził Blanię.

I odpłacił mu się tym samym, hipnotyzując Jana Wolskiego...
Dokładnie. Blania wpadł w sidła i połknął haczyk. A Jan Wolski wierzył przez tyle lat, że spotkał się z kosmitami, bo to wydarzyło się naprawdę, ale tylko w jego głowie.
Czy zahipnotyzowanie Wolskiego da się udowodnić?
Na wszystko, o czym mówiłem, są dowody, albo w korespondencji, albo w relacjach świadków. Natomiast sam fakt zahipnotyzowania Wolskiego nie da się potwierdzić bezpośrednio. Bo i jak? To moja hipoteza, która jest jednak bardzo prawdopodobna. Wiadomo natomiast, a jest to kluczowe dla sprawy, że Wawrzonek znał się z Wolskim wcześniej, przed 10 maja 1978 roku, poprzez jego syna. Wiem to od żony Wawrzonka. To dzięki temu wszystko układa się w spójną całość. Jak zatem wyglądały fakty? Wawrzonek preparuje zdjęcie, które wysyła do programu telewizyjnego. Tak poznaje się z Blanią. Blania proponuje mu program z hipnozą, Wawrzonek zgadza się, bo jest pewien, że nie da się zahipnotyzować. Daje się jednak, zostaje poniżony i postanawia się odegrać. Zna Wolskiego, wie, że jest człowiekiem łatwowiernym i podatnym na sugestie, sam zaś od jakiegoś czasu interesuje się i praktykuje amatorsko hipnozę. Moim zdaniem musiał bardzo sprytnie zadawać pytania Wolskiemu w hipnozie, tak aby ten własnymi słowami opisał to, co "widział", czyli pojazd kosmiczny i dwa zielone ludziki, które zaprosiły go do środka. Potem przez lata Jan Wolski oprowadza dziennikarzy i turystów po łączce, każdorazowo utrwalając w głowie zdarzenie, które tylko w tejże głowie się zrodziło.
Gdzie tutaj zemsta, przecież Blania stał się dzięki temu znany, wydawał książki, całe środowisko ufologiczne miało go za eksperta.
Nie taki był plan Wawrzonka. On chciał po kilku dniach powiedzieć Blani, że to fortel. Nie spodziewał się jednak, że Blania tak fachowo i błyskawicznie podejdzie do sprawy. Już drugiego dnia pobytu w Emilcinie Blania przybył tam z psycholog dziecięcą, która pomagała mu przepytywać Adasia. Wawrzonek wystraszył się obrotem sprawy, bo nagle zostało w nią wciągniętych wiele osób. Okazja na wyjawienie Blani wprost, że to była mistyfikacja, przepadła. Teraz Witold Wawrzonek wręcz sam bał się, że wszystko się wyda. Ze strachu przestał przyglądać się sprawie, nie czytał gazet. To wynika z korespondencji pomiędzy nim i Blanią. Tymczasem Blania brylował, markując wielce poważne badania emilcińskiego UFO.
Wawrzonek odpuścił, media w Polsce szeroko opisywały sprawę, a Blania spił śmietankę i nikt tego nie weryfikował.
Przez 35 lat nic się nie działo. Blania wydał dwie książki, pierwszą w 1988, a drugą w 1996. Zwłaszcza ta druga była mocno przekonująca w kwestii wiarygodności zdarzenia w Emilcinie. Przez lata ja też uważałem, że to najlepiej udokumentowany przypadek ufologiczny w Polsce – mamy dwóch niezależnych świadków, badania psychologiczne i wiele elementów, które w całości tworzą bardzo wiarygodną historię.
I do czasu pańskiej książki wszyscy myśleli podobnie, że to najlepiej udokumentowany przypadek UFO w Polsce. Co się zmieniło po publikacji?
Reakcja po mojej książce była histeryczna. Po żadnej książce nie miałem takiego odzewu. Byłem wręcz zasypany mailami, wiadomościami na FB, SMS-ami. W większości gratulowano mi niesamowitej pracy i tego, że w końcu jest logiczne wyjaśnienie - mistyfikacje i intrygi Wawrzonka, to że Blania nie prowadził rzetelnego śledztwa i robił wszystko pod z góry założoną tezę. Zburzyłem wiarygodność tego zdarzenia. Druga kwestia to moja hipoteza, która próbuje to wszystko ułożyć w logiczną całość. Atak środowiska ufologicznego na mnie był kuriozalny. Kilku ufologów, czy jakby nazwał ich pan Blania – UFO-maniaków – ogłosiło, że piszę bzdury, przyznając zarazem, że nie czytało mojej książki. Reakcja środowiska ufologicznego dodatkowo przekonała mnie, że ludziom tym nie zależy na faktach, na prawdzie. Cała ufologia polega na wyciąganiu wniosków zgodne z wcześniej przyjętymi założeniami.
"I want to believe".
Trafnie Pan to ujął. Ufologia z nauką i rzetelnymi badaniami nie ma nic wspólnego. Ufolodzy są w większości pasjonatami, którzy chcą wierzyć, że kosmici nas odwiedzają i chcą potwierdzenia tego w swoich pseudobadaniach. Stąd ich zupełny brak obiektywizmu. Najgorzej jest jednak, gdy ufolog na ufologii zacznie zarabiać. Tym bardziej brnie wówczas w fikcyjne tezy i tworzy publikacje pod publiczkę – dla tej swojej skromnej grupy wierzących w UFO  i chcących nadal wierzyć. Bo dobrze wie, czego jego czytelnicy oczekują. Polski internet pełen jest bałamutnych pozerów, udających badaczy stojących "na progu nieznanego". W rzeczywistości, ludzie ci o badaniach nie mają zielonego pojęcia, ale za to umieją zarabiać na infantylności i łatwowierności innych. W mojej ocenie to zwykli oszuści.
Wykluczył pan udział w zdarzeniu w Emilcinie służb PRL, testowania jakiejś broni?
Wykluczyłem to, bo nie ma ku temu żadnych przesłanek. Już na początku śledztwa hipoteza, że jest to mistyfikacja służb PRL, żeby odwrócić uwagę od bieżących wydarzeń, okazała się nietrafiona. Choć myślałem, że to może mieć z tym coś wspólnego.
Ale nie wykluczał pan na początku, że UFO rzeczywiście mogło w Polsce lądować?
Nie wykluczałem tego, bo do danej sprawy zawsze podchodzę z otwartym umysłem. Myślałem też przez chwilę, że to wspólny pomysł Wawrzonka i Blani. Bo przecież obaj na tym skorzystali. Wawrzonek stał się autorytetem w środowisku, był na każdym zlocie ufologicznym w Polsce, a Blania na Emilcinie niezaprzeczalnie zbudował swoją renomę i pozycję "rozsądnego" ufologa. Ich korespondencja stanowczo to wykluczyła. W rzeczywistości, Blania dość szybko zorientował się, że padł ofiarą mistyfikacji. Zdając sobie z tego sprawę, bojąc się, że Wawrzonek go wyda, sam sprokurował dwa UFO-incydenty – w Przyrownicy i w Golinie. Ten pierwszy miał dodatkowo potwierdzić jego wiarygodność jako badacza, ten drugi miał być kontynuacją Emilcina, czyli ponownym odwiedzeniem Polski przez tych samych kosmitów. W tej mistyfikacji też przez 35 lat nikt się nie połapał, co również pokazuje, jak ufolodzy są mało wnikliwi. Reasumując, już około czerwca 1978 roku Blania i Wawrzonek znaleźli się w patowej sytuacji, która wykluczała ewentualne wyjawienie przez Wawrzonka, że sprokurował incydent w Emilcinie. Od tej pory obaj ufolodzy jechali na tym samym wózku i musieli brnąć w emilcińską mistyfikację. Ale też obaj – każdy na swój sposób – na niej korzystali.
Jaka jest więc prawda o Emilcinie?
Prawda o tym zdarzeniu jest taka, że to chęć odegrania się jednego ufologa na drugim doprowadziła do tego, że w Polsce narodziła się historia uważana za najlepiej udokumentowany przykład lądowania UFO i kontaktu z obcą cywilizacją w naszym kraju. Większość czytelników po przeczytaniu mojej książki doszła do wniosku, że wiarygodność Emilcina jest zerowa, a moja hipoteza jest bardzo prawdopodobna. Cieszy mnie to, bo książka jest efektem ciężkiego i trudnego śledztwa. W tym miejscu jeszcze raz pragnę podziękować za pomoc Krzysztofowi Drozdowi i Adamowi Chrzanowskiemu. Oczywiście zatwardziali obrońcy wersji o kosmitach z Emilcina są nadal. Nie każdy łatwo rozstanie się z czymś, w co wierzył przez całe życie, lub co od lat zapewniało mu medialną popularność tudzież kasę. Jak słusznie zauważył jeden polski ufolog, moja książka jest bardzo groźna dla ufologii, bo pokazuje jej wszystkie słabości i ułomności. Stąd też zapewne na wielu portalach ufologicznych i paranaukowych przystąpiono do bezpardonowego ataku na mnie i na moją książkę. Stałem się wrogiem publicznych numer jeden polskiej ufologii. Bo śmiałem obalić mit o UFO z Emilcina.

Oby każdy artykuł na tym blogu był prawdziwy.Żeby nie okazała się to mistyfikacja po 10 latach :-)
Proszę o przysyłanie swoich zdjęć oraz spotkań z UFO na
ufo-fan@mail.ru